Opowieść Juliusza Pankowskiego

Przeszłość – jest to dziś, tylko cokolwiek dalej.      (Cyprian Kamil Norwid)

Dzięki zgodnej współpracy dwojga świeżo zaślubionych studentów Marysi i Wojtka udało mi się przyjść na świat 7.07.1955 r  ze wstępna diagnozą „filius maturus invivus” czyli „syn donoszony martwy”.  I właściwie na tym mój życiorys mógłby się zakończyć co oszczędziłoby moim drogim rodzicom , zacnym nauczycielom  i przełożonym wielu trosk i siwych włosów, a ja zamiast w bólach rodzić ten tekst beztrosko igrałbym sobie w gronie aniołków. Co się stało, że niczym Wieszcz pod Ostrą Bramą „martwą podniosłem powiekę”? Otóż późniejsze kłopoty wychowawcze na moich Rodziców i wszystkich wyżej wymienionych sprowadził młody lekarz, który właśnie tego dnia wrócił z kursu reanimacji noworodków i przed złożeniem mych zwłok w kostnicy postanowił trochę poćwiczyć w praktyce.  Nie wiem czy wiedział, że niedoszły denat to wnuk ówczesnego szefa Powiatowego Wydziału Zdrowia (po latach przy naszym bezpośrednim spotkaniu   twierdził, że nie*), ale tak się postarał, że po kilku tygodniach mogłem już zatruwać życie domownikom niemowlęcą złośliwością.

Po całej przygodzie pozostało mi trzecie imię Maria – wówczas dzieci martwo urodzone, lub takie które nie rokowały przeżycia chrzczono z wody tym imieniem. Na oficjalnym chrzcie otrzymałem jeszcze 2 imiona Juliusz ( na cześć bodajże profesora literatury polskiej Kleinera, co wymyślił ojciec, student polonistyki) oraz Andrzej po dziadku wyżej wspomnianym.  Interesując się od lat bieżącą polityką, dziękuje Bogu, że mimo takiego  zestawu trojga imion jakimś cudem jeszcze udało mi się uchronić  przed niewygodami poselskiego stolca i mogę z siebie robić przysłowiową małpę co najwyżej w zaprzyjaźnionym gronie biesiadników.

 

*Spotkanie po latach.

Byłem już na I  roku studiów, kiedy zgadałem się przypadkowo z koleżanką pochodzącą z miasta, w którym się urodziłem, że jej ojciec jest tam lekarzem pediatrą. Znałem nazwisko swego Dobrodzieja, a że było ono identyczne jak koleżanki opowiedziałem jej powyższa historię. Po jakimś czasie, może kilku tygodniach, dostałem od niej propozycję nie do odrzucenia: „zapraszam cię w najbliższy weekend do domu, bo stary nie kazał mi się bez ciebie pokazywać!”. Jako dobry kolega i wrażliwiec społeczny nie chciałem, żeby została wydziedziczona lub skończyła w jakiejś noclegowni , więc  wsiadłem z nią do PKS w najbliższą sobotę i ….. impreza trwała 3 dni, a uratowany niewdzięcznik obżarł się i wypił chyba za dziesięciu na koszt swego Wybawcy, co biorąc po uwagę moją ówczesną chuderlawą posturę (ca 55 kg) mogło całkowicie zniweczyć, starania zacnego Doktora sprzed 20 lat. Wtedy właśnie się dowiedziałem, że Doktor dopiero na drugi dzień po akcji reanimacyjnej zorientował się, że przypadkiem uratował wnuczka swojego przełożonego.  Jednym słowem – było miło. Teraz po latach jako lekarz wiem, że większą frajdę, ze spotkania miał mój Gospodarz. Niestety teraz nie mamy ze sobą kontaktu – pozostało sympatyczne wspomnienie.

 

 

Niedługo, bo po mniej więcej roku od moich narodzin rodzice przenieśli się z domu dziadków pod Kraśnikiem, do Lublina, gdzie niebawem  urodziła się już bez specjalnych przygód reszta mojego rodzeństwa: Tomasz(1957), Dorota (1959) i Anna (1963).

Ja do 5 roku życia większość czasu spędzałem jednak u dziadków często razem z moją cioteczną o 2 lata starszą siostrą Ewą. Jednym z istotniejszych powodów takiego stanu rzeczy był mój chorobliwy wstręt do jedzenia czegokolwiek poza słodyczami i wynikające z tego anemia i ogólne „zdechlactwo”. Rodzice w żaden sposób – prośbą, zagadywaniem, czy nawet groźbami niekaralnymi nie byli w stanie spowodować, żeby wciśnięta mi prawie siłą do ust kolacja nie pozostawała tam, aż do śniadania. Dziadkowie mieli na mnie inne sposoby. Od przyjazdu nie było żadnej rozmowy o jedzeniu i nie było też żadnego jedzenia. Po mniej więcej 2 dniach sam się o nie dopominałem lub podjadałem to co było w zasięgu – do tej pory cieknie mi ślinka gdy wspomnę sobie smak słoninki, którą wymontowałem z pułapki na myszy, szczęśliwie nie tracąc przy tym palców. Babci sposób na mnie był prostszy – siadała naprzeciwko przy stole z paskiem na szyi, a ja wcinałem aż miło od czasu do czasu popijając  własnymi łzami. Liczy się efekt, a ten był gdy po każdej takiej kuracji rodzicom dostarczano pyzatego i rumianego pierworodnego.

Wspomnę jeszcze jedną historię z tego miejsca i okresu życia. Dziadek jako zapalony brydżysta zorganizował partyjkę w udziałem ks. proboszcza,  sąsiada – emerytowanego przedwojennego oficera i swojej najstarszej córki, która właśnie przyjechała w odwiedziny z Wrocławia ze swoją córką, a moją cioteczną siostrą wyżej wspomnianą Ewą. Ja właśnie w sąsiednim pokoju zakończyłem owocne posiedzenie na nocniku, a Ewa podpuściła mnie na zabawę w księdza. Ubrała mnie w komżę czyli firankę, której babcia  nie dokończyła prasować i wręczyła mi kropidło używane do zwilżania prasowanej bielizny uprzednio wymieszawszy nim starannie zawartość nocnika. I tak weszliśmy uroczyście i podobno z nabożnym śpiewem na ustach do pokoju niczego się nie podziewających brydżystów. Ewa idąca przodem uczyniła znak krzyża, a ja obficie nabierając ze swego niezbyt liturgicznego naczynia rzęsiście „poświęciłem” całe towarzystwo. Największą uciechę miał podobno ksiądz (o czym wspominał mi jeszcze po wielu latach), dziadek z majorem skamienieli, a ciocia jako osoba najbardziej energiczna sprała mi  tyłek.  Potem żałowała, bo gdy wyładowała pierwszą złość zorientowała się, że 3-latek sam by tego raczej nie wymyślił, a reżyserką wydarzenia była jej córka.  Ale, że jej złość jak szybko się pojawiała tak i znikała więc Ewie się tym razem upiekło.  Odegrałem się za to na niej dość  perfidnie po 14 latach.

Tym razem nie będzie historii, bo miałem pewne kłopoty zdrowotne (pobyt w szpitalu z kruszeniem kamienia nerkowego) i zaraz po tym wesele najstarszego syna, a teraz „na wczoraj” piszę wystąpienie na sympozjum naukowe. Państwo Młodzi – Dominika Barczyńska i Andrzej Pankowski przyjechali z New Jersey do miasta Łodzi, bo uznali, że nawet ślub kościelny ich miłości nie zaszkodzi. Impreza odbyła się 26.IV w łódzkiej Katedrze, a wesele w hotelu Ambasador. Mimo 130 gości, obfitości trunków i jadła policja wzywana nie była. Przesyłam w załączeniu 2 zdjęcia: Państwa Młodych oraz rodzeństwa Pankowskich z mamą (od prawej Anna (ur 1963) zam. Cento –Włochy; Juliusz (ur. 1955) zam. Szczecin i Zakopane; Tomasz (ur. 1957) zam. Toruń; Dorota (ur. 1959) zam. Lublin; Mama na pierwszym planie po lewej.

Moje przygody z wojskiem.
Jako pięciolatek trafiłem wreszcie do przedszkola Caritasu prowadzonego przez zakonnice.  Byłoby całkiem fajnie, gdybym od razu dostał się do starszaków, ale ze względu na młodszego brata trafiłem do grupy średniako-maluchów. Moją największą zazdrość budziło to, że każdy starszak miał przypisany stopień wojskowy. Więc był tam cały system awansów za określone zasługi, którym zarządzał Marszałek (nie musiał się specjalnie nawet wysilać, żeby tak wysoko awansować bo z takim nazwiskiem się  farciarz urodził). Pobyt w średniakach o rok opóźniał moje możliwości awansu, więc trafiłem tam jako ciura szeregowy realnymi szansami na sierżanta na koniec przedszkola. Po paru miesiącach kiedy byłem już plutonowym (awans na starszego szeregowca za rękoczyny z jedną sióstr przy obiedzie i pokazowe lanie od rodziciela, na kaprala wiązanie butów Marszałkowi, który nie opanował jeszcze tej czynności w sposób dostatecznie biegły), przyjechał do nas w odwiedziny wujek, odbywający zasadniczą służbę wojskową gdzieś na Mazurach. Uprosiłem go by przez te 3 dni urlopu przyprowadzał mnie i odbierał z przedszkola. Pełen szpan – awans od razu na podpułkownika. Na szczęście, ani ja ani Marszałek nie wiedzieli, że wujek prawie całą służbę odsiedział w areszcie za ogólnie rzecz biorąc “szwejkowatość”. Jakby nie dość było tego szczęścia, po niedługim czasie jak każdy siedmiolatek dostałem pismo urzędowe przypominające o obowiązku szkolnym i konieczności zapisania się do jakiejś szkoły. Moje musiał wysyłać jakiś wyjątkowo roztrzepany urzędnik bo wpisał mi, że mam się stawić do rejestracji wojskowej. Mama z wrodzonym poczuciem humoru zaprowadziła mnie do WKU i okazała stosowne pismo – ja puchłem z dumy i liczyłem w duchu, że załapię się na “syna pułku”, ale spławili mnie. Oczywiście sprawa była głośna w przedszkolu i zostałem awansowany na generała broni – marszałek był już zajęty, a dwóch być nie mogło, ale i tak autorytetem go przewyższyłem.

Minęło kilkanaście lat…

W stosownym już wieku odbyłem wojskową komisję lekarską, gdzie za wadę wzroku otrzymałem kategorię D, bardzo się wtedy z tego radując bo militarystyczne ciągoty dawno mi już przeszły. Aliści po 2 latach, już po ukończeniu technikum i zaliczeniu kilku zakładów pracy, które oddychały z ulgą pozbywając się wyjątkowo niesubordynowanego pracownika doszło do jakiegoś konfliktu z Mamą. Z wrodzonej złośliwości, dobrze znając jej bardzo opozycyjne do socjalistycznej rzeczywistości nastawienie, postanowiłem podjąć studia  w wyższej szkole dla oficerów politycznych. Pełen determinacji zgłosiłem się do WKU z prośbą o zweryfikowanie mojej kategorii D słowami “melduję posłusznie znaczną poprawę wzroku i proszę o ponowną komisję!”. Dwóch znudzonych panów w mundurach poszło na zaplecze do trzeciego, a ten po krótkiej naradzie wręczył mi skierowanie do wojskowego psychiatry. Despekt to był dla mnie wielki, tym bardziej, że w międzyczasie zapomniałem już o co poszło mi z Mamą i nic już do niej nie miałem. Tak więc armia straciła zdolnego agitatora, co obniżyło morale armii w przededniu wydarzeń z lat 1980-81.

Potem już na studiach medycznych podczas 2-letnich zajęć w studium wojskowym dowiedziałem się, że na wojskowego kompletnie się nie nadaję ponieważ ciągle mylę (chodziło oczywiście o lekcje teoretyczne) cele z zadaniami.

cdn

 

Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Dawno, dawno temu jeszcze za siermiężnie miłościwego panowania tow. Wiesława wybraliśmy się ze śp. Ojcem Wojciechem Pankowskim i bratem Tomkiem w podróż do Babci mieszkającej w Zaklikowie. Pociąg stał jeszcze na lubelskim  dworcu, a my całą trójką wyglądaliśmy przez okno. Na peronie naprzeciw nas było wmurowane urządzenie – rodzaj kolumienki z osłoniętym szybką czerwonym guzikiem i napisem SOK. Był to rodzaj popularnych w owym czasie sygnalizatorów alarmowych – po zbiciu szybki i naciśnięciu guzika pojawiała się MO (milicja obywatelska) straż pożarna lub inne służby. W tym wypadku SOK oznaczało do dziś istniejącą Służbę Ochrony Kolei.  Oczywiście jako ciekawscy chłopcy zapytaliśmy Ojca  zastosowanie tego urządzenia i znaczenie tajemniczego napisu SOK. Ten poważnym tonem wyjaśnił, że to taki automat do napojów, jakie na każdym rogu ulicy są zainstalowane w Moskwie (właśnie wrócił z jakiegoś stażu na Uniwersytecie Łomonosowa) – tyle że tamte wydają kwas chlebowy, polskie sok owocowy. Nie zauważyliśmy, że mówił to nie tylko do nas, ale tak żeby usłyszał to jegomość mocno chwiejący się na nogach, dla którego ten słupek był jedyną podporą trzymającą go w pozycji w miarę pionowej.  A że z osłabionych alkoholem zmysłów pozostał mu chyba tylko słuch – facet rąbnął pięścią w szybkę, rozbił ją i nacisnął energicznie guzik czekając na szklankę soku. My też byliśmy niezmiernie zainteresowani jak zadziała ten cud radzieckiej techniki. Niestety zamiast soku momentalnie zjawili się dwaj sokiści ujęli gościa pod pachy i chyba w końcowym rezultacie zapewnili mu kubek czarnej kawy w zlokalizowanej nieopodal dworca izbie wytrzeźwień.  (Ja też w niej kawę raz piłem, ale po 10 latach i na pewno o tym w swoim czasie opowiem). Kiedy wleczony przez sokistów nieszczęśnik spojrzał na Ojca mętnym i nieco zdumionym zdumionym wzrokiem – ten powiedział „nie trzeba było podsłuchiwać”.

Zabawny epizod zdarzył się u celu tej podróży. Po sąsiedzku z domem, w którym mieszkała Babcia stało przedszkole, o tej porze już zamknięte. Gdy przechodziliśmy obok zobaczyliśmy jak jeden z jego wychowanków mniej więcej 5-letni (powszechnie znany pod urokliwą ksywą „Gównańsko” ) z wielkim zapałem wali kamieniami w okna swojej Alma Mater. Ojciec powiedział mu parę słówe do słuchu, a ten przed nim stanął niemal na baczność i odrzekł bardzo spokojnie i dobitnie „proszę pana, proszę na mnie nie krzyczeć bo ja się znowu w nocy zeszczę”.  Pierwszy raz widziałem jak Ojca zatkało, chociaż zwykle słynął z celnych ripost – słowem zbaraniał. O naszej uciesze ,drugiej tego dnia, nie zapomiałem do dzisiaj.

To była jabłoń czyli Ojciec, a niżej o nieodrodnym jabłuszku:

Po ładnych kilku latach już jako uczeń technikum jechałem z Lublina wraz z kolegami na praktykę do fabryki odczynników chemiczntych w Gliwicach. Staliśmy sobie na korytarzu sącząc jakieś piwo, a obok na takim rozkładanym siedzeniu kiwał się drzemiąc obywatel w stanie po porządnym „spożyciu”.  Nie pamiętam już kto wpadł na ten pomysł, ale zaczęliśmy z kolegami  żywą dyskusję na temat trasy pociągu, dokładnie: czy jedzie przez Olsztyn i o której będzie w Gdańsku. Kątem oka obserwowaliśmy jak nasz towarzysz zaczyna w oczach trzeźwieć. Pociąg dojeżdżał właśnie do stacji w Radomiu, kedy ten zerwał się i prawie jeszcze w biegu wyskoczył na peron.  Chwiejnym krokiem podążył do budynku dworca, a gdy pociąg już ruszył właśnie z niego wypadł jak oparzony rzucając w naszą stronę jakieś nieparlamentarne i powszechnie uznawane za obraźliwe wyrażenia. Usłyszał, niestety ode mnie, to samo co swego czasu  ten nieborak w Lublinie od mojego Ojca.