Opowieść Jolanty Plieth-Cholewińskiej
Wspomnienia to najważniejsze co nam pozostaje!!
Zapamiętujemy te najbardziej wzruszające,
płynące z głębi serca,zapisane do końca życia.
                                               
Nie noszę co prawda nazwiska „Pankowska”, ale moja Mama Gabriela Pankowska – Plieth jest córką Nicefora, syna Polikarpa i Prowidencji, oraz Stefanii ze Strzyżewskich Pankowskiej. Mama jest najmłodszą z dziesięciorga rodzeństwa. Zdecydowałam się napisać ten list, bo nie tylko czuję się związana z rodziną Pankowskich przez moją Mamę, która kultywuje tradycje rodzinne i przekazuje mnie oraz moim siostrom to czego uczyli ją rodzice. Olbrzymi wpływ na mnie wywarła babcia Stefania Pankowska, z którą – mimo że nie żyje od lat – do dzisiaj czuję silną więź. Była, jak na swoje czasy, bardzo wykształconą kobietą. Znała trzy języki obce. Ale przede wszystkim była mądrym i dobrym człowiekiem. Tak się złożyło, że miałam szczęście spędzać z Nią dużo czasu w dzieciństwie i gdy byłam nastolatką. To nie była tylko taka babcia od konfitur – chociaż świetnie gotowała. Przede wszystkim swoimi opowieściami, ale i przykładem jakim było Jej życie, przekazała mi dużo wartości, którymi mam nadzieję teraz się kieruję. Zrozumiałam to, jak zwykle to bywa za późno, dopiero gdy Jej zabrakło. Wówczas po prostu Ją podziwiałam i uwielbiałam z nią być. Rozumiała mnie w moich dziecięcych strachach i nie lekceważyła ich, tylko udzielała mi wsparcia. Nie potępiała też moich dziewczęcych głupot, ale wspierała mnie radą jak ich unikać. A wszystko to było przeplecione barwnymi opowieściami z Jej dzieciństwa, młodości i dojrzałego życia rodzinnego. Nie było przecież łatwe, bo razem z dziadkiem Niceforem wychowali i wykształcili dziesięcioro dzieci. Mimo, że musieli borykać się z niewyobrażalnymi dzisiaj kłopotami podczas wojny i po niej, gdy zabrano im prawie cały majątek.
Moja babcia pochodziła z dość zamożnej na tamte czasy rodziny Strzyżewskich. Mieszkała w Żninie i miała siostrę i brata, który zginął walcząc na froncie podczas I wojny światowej. Mam kilka rzeczy z Jej rodzinnego domu: stary, ozdobny magiel, piękny, biały, haftowany obrus, kilka starych serwetek i zdobionych sztuk pościeli. W dzieciństwie nawet byłam z Nią w rodzinnym domu w Żninie odwiedzić Jej siostrę.
Babcia kilka lat swojej młodości spędziła na pensji dla panienek w Kościerzynie. Uczono tam bardzo dobrze, ale karmiono marnie. Babcia rozchorowała się i ojciec musiał zabrać ją „do wód”. W pamięci utkwiła mi też opowieść o pewnym wieczorze, gdy miała się spotkać na balu ze swoim narzeczonym Nickiem, ale niestety „kawalerowie” i mój dziadek z nimi poszli do powstania – Wielkopolskiego.  Dziadka pamiętam słabo. Odszedł gdy miałam 7 lat. Jednak w moich wspomnieniach pozostał do dzisiaj starszy elegancki pan, który już samym spojrzeniem wzbudzał respekt. Był człowiekiem z zasadami. Mama wspomina do teraz, że nikt nie ośmielił się mu sprzeciwiać. Babcia była dla wszystkich tą, która wiele razy wspomagała i chroniła dzieci, które coś przeskrobały.
Z opowieści babci pamiętam tę o pierwszym dniu II wojny światowej. Pierwszy września to były Jej imieniny. Mieszkali w Siernieczku pod Bydgoszczą (teraz to jest część miasta, Brdyujście, tuż przy torze regatowym). Właśnie szykowano się do nich piekąc ciasta i przygotowując różne smakołyki dla zaproszonych z tej okazji gości. Dziadek wrócił bryczką z miasta z przerażającą nowiną, że wybuchła wojna i trzeba uciekać. Spakowano rodzinę i dobytek na kilka wozów i rozpoczęła się wielodniowa tułaczka. Te imieninowe smakołyki pozwoliły wykarmić rodzinę. Babcia opowiadała mi jak dzielni byli jej synowie podczas ucieczki. Rodzina wróciła do domu i przetrwała w nim wojnę nie bez różnych niebezpieczeństw. Po wojnie, chociaż pozbawieni niemal całego majątku, nadal starali się żyć godnie. Latem do ich domu położonego w zielonej okolicy nad wodą zjeżdżało kuzynostwo i urządzano pikniki. Niestety w latach 60 także dwór i resztkę ziemi zabrano pod fabrykę prefabrykatów budowlanych. Ja pierwsze trzy lata życia spędziłam jeszcze w tym rodzinnym domu.